Jeśli Twoje serce bije szybciej na myśl o cieście, które nie jest ani pizzą, ani focaccią, to być może natrafiłeś na nowego bohatera supermarketowej półki – pinsę. A konkretnie – pinsa Biedronka, czyli kulinarny twór, który w ostatnich miesiącach robi niemałą furorę na stołach Polaków. Co to takiego? Czy to naprawdę taka rewolucja, jak piszą niektórzy influencerzy kulinarni? Czy zachwyca tylko nazwą, czy faktycznie da się zjeść bez udziału rozczarowania i ciężkiego kaca glutenowego następnego dnia? Rozkładamy pinsę na czynniki pierwsze i sprawdzamy, co kryje się za tą chrupiącą sensacją!
Pinsa, czyli co to za stwór?
Zanim sięgniemy po nożyk do pizzy (czy raczej pinso-nóż), warto zrozumieć, czym pinsa różni się od klasycznej pizzy. Otóż pinsa wywodzi się z antycznego Rzymu i teoretycznie jest retro wypiekiem, który przeżywa dziś swoje apetyczne odrodzenie. Kluczowym wyróżnikiem jest ciasto – dużo lżejsze, długo fermentowane (nawet do 72 godzin!), stworzone z mieszanki mąki pszennej, ryżowej i sojowej oraz z dodatkiem oliwy z oliwek. Na końcu ląduje na nim to, co przyjdzie kucharzowi do głowy – od klasycznej mozzarelli i pomidorów, po bardziej wymyślne składniki typu karczochy, szynka parmeńska czy burrata. No i najważniejsze – kształt pinsy jest owalny. Bo kto powiedział, że okrągła to jedyna słuszna geometria dla ciasta?
Pinsa Biedronka – co tam siedzi w środku?
Przyjrzyjmy się, czym naprawdę karmi nas popularna sieciówka. Pinsa Biedronka dostępna jest w kilku wersjach smakowych – najczęściej spotkamy klasyczną Margheritę, Salami lub nieco bardziej wyszukane opcje z warzywami czy kurczakiem. I choć etykieta nie krzyczy bio eko gluten free, to skład wygląda zaskakująco przyzwoicie jak na produkt gotowy.
Główne składniki to wspomniane już wcześniej rodzaje mąki, woda, oliwa z oliwek, sól i drożdże. Ciasto rzeczywiście jest lekkie, bardziej puszyste i chrupiące niż w przypadku zwykłej pizzy. Na wierzchu – całkiem przyzwoity ser (zazwyczaj mozzarella w wersji standard), poprawna passata pomidorowa i, o dziwo, całkiem hojna ilość dodatków jak na produkt z chłodni. Wersja z salami potrafi zaskoczyć ostrym akcentem i wyczuwalną nutą przypraw.
Jak smakuje i co mówią ludzie z internetu?
Po degustacji łatwo zrozumieć, skąd tyle szumu wokół tej niepozornej przekąski. Ciasto naprawdę daje radę – jest delikatne, ale z charakterem. Nie przypomina gumowatego placka z mikrofali, lecz coś, co mogłoby uchodzić za danie z modnej pizzerii, o ile zamkniesz oczy i uruchomisz wyobraźnię. Użytkownicy Internetu są podzieleni: dla jednych to game changer, dla innych – wciąż marketowy fast-food, tylko lepiej zapakowany.
Na Facebookowych grupach tematycznych pinsa zdobyła grono wiernych fanów. Ludzie publikują zdjęcia rodem z Instagrama, dopisując hashtagi #pinsa #biedroneczka #gastrotrip. Nie brakuje też sceptyków: Za sucha!, Za cienka!, A gdzie burrata?!. Ale hej, czego się spodziewać za kilkanaście złotych? Masterchefa?
Cena, czyli smak w parze z budżetem
Prawdziwą wisienką na tej pinso-torcie jest cena. W zależności od wariantu i promocji, pinsa potrafi kosztować od 8,99 zł do około 14,99 zł. To niewysoka kwota za wygodną kolację, którą można przygotować w kilka minut. A mając na względzie jakość ciasta oraz rozsądny skład, trudno się czepiać. Owszem – nie jest to wypiek z autorskiej piekarni w centrum Mediolanu, ale patrząc przez pryzmat złotówki, to naprawdę godziwy deal.
Dla porównania – pizza mrożona lub świeża z innej sieci często zawiera więcej tłuszczu, mniej ciekawych składników i bywa po prostu nudna. Tutaj mamy coś innego, autentycznie smacznego i dość nietypowego, jak na dyskontowy poziom. Dla fanów kulinarnych eksperymentów za przystępną cenę – must try!
Jak ją podać, by było fancy?
Chcesz zrobić wrażenie na znajomych? Wyrzuć opakowanie, podgrzej pinsę w piekarniku i skrop ją oliwą truflową. Dorzuć garść rukoli, kilka płatków parmezanu i powiedz, że sam fermentowałeś ciasto przez trzy dni w domowym piecu z lawy wulkanicznej. Goście nie zorientują się od razu.
Pinsa świetnie sprawdza się też podczas wieczorów filmowych, jako szybka przekąska do wina lub prosecco (bo przecież nie samym piwem człowiek żyje). Można ją też dowolnie podrasować – śmiało eksperymentuj z dodatkami: burratą, pesto, świeżymi pomidorami czy nawet owocami – jeśli lubisz w życiu odrobinę ryzyka.
Podsumowując, pinsa z Biedronki to dowód na to, że nawet w dyskoncie można znaleźć coś, co łączy rozsądny skład, przyjemny smak i modny rodowód. Nie udaje neapolitańskiej pizzy, nie nosi się w parze z truflami na złotym spodzie, ale oferuje coś więcej niż typowa mrożonka. Lekkostrawna, przystępna cenowo, szybka w przygotowaniu i całkiem stylowa – oto ideał dla głodnych nowości. A pinsa Biedronka zdecydowanie zasługuje na swoje pięć minut chwały – zarówno na Instagramie, jak i na Twoim talerzu.